WYWIAD Z ROBERTEM SUDÓŁEM, TŁUMACZEM KSIĄŻEK "DROGA" i "KRWAWY POŁUDNIK"
Serwis CormacMcCarthy.pl: Kiedy po raz pierwszy i w jakich okolicznościach spotkałeś się z twórczością McCarthy'ego? Było to Twoje odkrycie czy po prostu otrzymałeś kolejne zlecenie?
Robert Sudół: Czytałem wcześniej jedną jego książkę – Suttree – ale to Wydawnictwo Literackie zwróciło się do mnie z propozycją, bym przetłumaczył cztery powieści Cormaca McCarthy'ego. Z powodu braku czasu i określonego tempa pracy musiałem się ograniczyć do dwóch. Nie namawiam już wydawców do wydawania moich własnych "odkryć", bo na ogół to strata czasu.
SCMC: Jakie było pierwsze wrażenie po zetknięciu się z lekturą?
RS: Odniosłem wrażenie, że to całkiem inny głos, odmienny od wszystkich. Jest sporo świetnych pisarzy, ale McCarthy ma bardzo wyrazisty styl. Władcze pióro jak Pynchon. Lekturze jego książek – przynajmniej w moim wypadku – towarzyszy uczucie natychmiastowego, totalnego „wchłonięcia” przez tekst, „wpadnięcia”, w świat konkretnej powieści. To literatura o wielkiej mocy narracyjnej.
SCMC: Tłumaczyłeś Drogę i Krwawy Południk, zapewne czytałeś resztę dzieł pisarza. Które z nich uważasz za jego największe dokonanie? Jest jakiś fragment, który zrobił na Tobie największe wrażenie?
RS: Prymat dałbym chyba Suttree'emu i Krwawemu południkowi. Sęk w tym, że moja ocena jest niemiarodajna, bo nawiązuję bardzo intymną więź z książkami, które sam tłumaczę. Dlatego są mi bliższe niż pozostałe. Tłumaczenie to obcowanie z tekstem na bardzo głębokim poziomie – przepraszam za banał. Rozkodowywanie i powtórne kodowanie w języku ojczystym. Ale chyba Suttree i zdecydowanie Kp. Pierwsza między innymi za humor. Krwawy południk natomiast to dla mnie niezwykle śmiałe epickie dzieło w dobrym starym stylu. Nieustraszone i bezlitosne wobec czytelnika – jak świat, który opisuje. Zresztą McCarthy wyraźnie miał takie aspiracje, pisząc tę książkę. Chciał napisać coś na miarę wielkich dzieł literackich, na miarę np. Moby Dicka. Ten świat i ten bohater – sędzia Holden – miały wejść do kanonu. Wolę – skoro już trzeba dokonywać takich wyborów – Kp od faworyzowanej Drogi choćby z tego powodu, że w pierwszej powieści nie ma się czego przytrzymać, uczepić. Nie ma żadnego pocieszenia, żadnej otuchy. To nie jest tekst napisany dla pokrzepienia serc. Osobiście lubię teksty, które są wielkim wyzwaniem dla czytelnika, wyzwaniem dla jego życiowych i literackich przyzwyczajeń i oczekiwań, dla jego wytrzymałości i cierpliwości.
No i być może najważniejszy powód – postać sędziego Holdena. Najlepiej chyba opisuje go termin użyty przez McCarthy'ego w którymś miejscu powieści – tertium quid. Określenia tego używał Apolinary z Laodycei w sporach chrystologicznych. „Rzecz trzecia”, „ni to, ni owo”, „ni pies, ni wydra”. Holden jest absolutnie fascynujący, nieuchwytny, ani to bóg, ani diabeł, lecz ktoś jeszcze inny, jakiś nadczłowiek. Gdy na końcu, w trakcie opętańczego tańca, padają słowa, że „nigdy nie umrze”, należy to rozumieć nie tylko jako status ontologiczny tej „nadprzyrodzonej” istoty, ale również jako - być może trochę arogancką :-) – ufność McCarthy'ego, że stworzył niezapomnianą postać literacką.
Tak na marginesie: stawia się czasem zarzut, że Kp to powieść całkowicie pozbawiona poczucia humoru – cechy, którą bardzo sobie cenię u ludzi i w literaturze – a to nieprawda. Wystarczy tylko trochę poszukać – np. jedna z początkowych scen z kaznodzieją i Holdenem w namiocie albo masakra Meksykanów w kantynie, gdy obok przechodzi kondukt żałobny.
Co do fragmentu, który zrobił na mnie największe wrażenie, to hm, jest ich sporo. Tak na gorąco – np. w Kp postać mincerza, który wyrabia fałszywe monety. Liryczna scena w stajni z klaczą i źrebakiem. Uważam, że scena ataku Komanczów to literacki majstersztyk hipnotyzujący rozbuchaną energią, wspaniały fresk bitewny, bardzo filmowy. Przepowiednia z kart tarota w czasie burzy. Zlot wszystkich stworzeń pustyni dokoła gorejącego krzewu.
SCMC: Mark Twain napisał: "Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wzlotach jest czymś w rodzaju anioła (...), w swych najgorszych upadkach - czymś niewyrażalnym i niewyobrażalnym". Jak myślisz, czy to zdanie odzwierciedla w pewien sposób bohaterów McCarthy'ego, stworzonych z hiperbolicznych antytez lub swoistego paradoksu istnienia? Gdy bierzemy do ręki jakąkolwiek książkę Cormaca McCarthy'ego, jesteśmy przekonani, że to literacki majstersztyk, wielka burza metafor, łąki opisów godnych największych pisarzy, ale nade wszystko - człowiek. Jak Ty widzisz człowieka u McCarthy'ego? Jakie wrażenie zrobiły na Tobie środki stylistyczne, jakich używa pisarz?
RS: Od strony techniki pisarskiej postacie u McCarthy'ego są wyjątkowe w tym sensie, że w zasadzie powinny się wydawać płaskie, „papierowe”. On nie ukazuje prawie żadnego ich życia wewnętrznego, nie ma „psychologii”. A jednak nie są płaskie, są raczej niewiadomą. Jakbyśmy przeczuwali, że głębiej coś się kryje, ale nie wiemy co, bo nie mamy do tego dostępu. O bohaterach wszystkiego dowiadujemy się z zewnętrznych wydarzeń – ich czynów i reakcji na czyny innych. To znowu sytuacja, w której czytelnik musi dokonać pewnej dedukcji. I nie do końca wie – bo nigdy tego nie wiemy w życiu – dlaczego bohaterowie postępują tak, a nie inaczej. Np. dlaczego dzieciak od małego był skory do przemocy? Czy dlatego, że w dniu jego narodzin spadały Leonidy? Czy to znaczy, że jego los był zapisany w gwiazdach? Jednocześnie jest jedynym członkiem bandy, który wyrwał się spod władzy Holdena, który był buntownikiem.
SCMC: Szczególne miejsce w książkach McCarthy'ego zajmują opisy przyrody...
RS: ...przyroda nie jest tłem, tylko obecnością na własnych prawach, może prawach słuszniejszych niż człowiek. Jest pełna grozy – w naszym odbiorze - bo jest bezstronna i niewzruszona. Rozumiem ją u McCarthy'ego jako prawdziwą rzeczywistość, na którą człowiek nakłada sieć swoich pojęć, systemów prawnych itd. Przyroda jest terenem, a – najszerzej rozumiana – kultura mapą tego terenu. Mapą oczywiście niedoskonałą i nieprecyzyjną. Przyroda – minerały, fauna, flora – pozostaje obojętna wobec wysiłków człowieka. My zaś odgradzamy się od totalności doświadczenia naszymi słowami i pojęciami. I tu znowu ten cudowny paradoks. Możemy o tym powiedzieć tylko za pomocą słów.
SCMC: Co jest najtrudniejsze w McCarthy'm, zarówno z perspektywy tłumacza jak i czytelnika?
RS: Wszystko :-). Przy pracy nad taką książką jak Kp trzeba najpierw zrobić sporo ryserczu, mówiąc po staropolsku. Autor robił to samo. Banda Glantona istniała naprawdę i McCarthy pisząc tę książkę, czerpał z ówczesnych źródeł historycznych, również w sferze słownictwa. Mimo istnienia Internetu i poczty elektronicznej takie szperanie czasem okazuje niełatwe. Na szczęście na świecie chodzi sporo wielbicieli takich pisarzy jak McCarthy czy Pynchon. Pasjonatów, którzy rozszyfrowują każde słowo i chętnie potem dzielą się swoją wiedzą.
Np. kilka miesięcy zabrało mi znalezienie człowieka, który znał sens słowa „shacto” - „shacto coat”. Okazuje się, że było to żargonowe wyrażenie traperów z XIX wieku oznaczające kurtkę podszytą futrem z rudego lisa.
Trudne było rozgryzienie wszystkich terminów rusznikarskich i przetłumaczenie ich tak, aby miało to sens po polsku. Część tej broni była podrasowana, więc nietypowa. Nie odpowiadała wzorcom.
W Drodze trudność polegała choćby na repetytywności. Polszczyzna o wiele gorzej znosi powtórzenia niż język angielski. W Internecie czytałem nawet potem skargi niektórych czytelników, że tłumacz był mało pomysłowy, bo się powtarzał. A przecież forma narracyjna miała odzwierciedlać sytuację bohaterów – ich życie zależało od bardzo prostych czynności powtarzanych w nieskończoność: zapalanie ognia, otulanie się kocem itd.
W Kp wyzwaniem były długie wielokrotnie złożone kunsztowne zdania, pokazujące, że McCarthy w pełni panuje nad językiem. Szyk zdania w angielszczyźnie jest dość sztywny, ale on wyczynia istne cuda.
SCMC: Ile czasu zajęło Ci tłumaczenie Drogi i Krwawego Południka? Czy były momenty, w których musiałeś się zatrzymywać, pomyśleć, przetrawić, byłeś wściekły?
RS: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo z powodów finansowych przeplatam tłumaczenie takich książek z mniejszymi zleceniami. Zresztą dobrze jest też czasem przerwać, wziąć oddech i zacząć na świeżo. Z punktu widzenia Wydawnictwa Literackiego przekładanie Kp trwało zdecydowanie za długo:-) Byłem potem wycieńczony, również emocjonalnie, bo nagromadzona w tej książce drastyczność przedostaje się do krwiobiegu. Czułem więc zadowolenie, że moja praca wreszcie dobiegła końca, że mogę zamknąć ten rozdział – i że zarazem mam tę książkę na swoim koncie. Robota nad takim tekstem polega na bardzo intensywnym rozmyślaniu, kontemplowaniu treści. Zdarza się, że właściwe rozwiązanie przychodzi we śnie albo na jawie w sytuacjach zupełnie niezwiązanych z pracą. Żyję wtedy w pewnym rozdwojeniu – świat z powieści rości sobie prawo do mojego czasu i uwagi nie tylko w formalnych godzinach pracy.
SCMC: Jak myślisz, do kogo w szczególności kierowane są dzieła Amerykanina? Po co ktoś pisze książki o śmierci, beznadziei, stracie, kratach i więzach? Ludzi chcą to czytać? Jak ciężko tłumaczy się takie książki?
RS: Zadał mi ktoś ostatnio takie pytanie. Po co się pisze i czyta takie książki. No cóż, sztuka już dawno wyszła z platońskiej triady dobra, piękna i prawdy. Prawda niekoniecznie musi być piękna, piękno niekoniecznie musi być dobre itd. Nasze nieustannie moralizowanie – którego na pewnym poziomie musimy się trzymać – to także ta mapa, która ma opisywać teren, ale terenem przecież nie jest. Moralność jest wtórna i McCarthy bezlitośnie to pokazuje. Jest wtórna, a więc nieprzyswojona. W jednym z wywiadów powiedział, że nie wierzy w moralny postęp ludzkości, co więcej uważa, że wiara w taki postęp jest bardzo niebezpieczna. Pogląd ten być może wydaje się skrajny, ale jest mi dość bliski. Historia powszechna najlepszym dowodem jego słuszności. Henry Miller napisał, że nie ma nic gorszego od tak zwanych naprawiaczy ludzkości.
Ponadto pamiętajmy, że my żyjemy jednak w strefie dużego komfortu, więc wydaje się nam, że sytuacje skrajne – których u McCarthy'ego jest pełno – to wymysły. Nieprawda. Rwanda z dni ludobójstwa Tutsich (zaledwie kilka lat temu) wcale nie była mniej potwornym miejscem niż Meksyk na kartach książki McCarthy'ego. Bez względu na to, co będzie mówić o człowieku na poziomie absolutnym – że stworzony jest na podobieństwo Boże albo że ma w sobie naturę buddy – na poziomie relatywnym, doczesnym czy jakkolwiek to nazwiemy pozostaje niezbity fakt, że tak samo skłonny jest do czynów szlachetnych, jak i do niewyobrażalnego zła. I być może to jest największa zagadka ludzkości. Teodycea nigdy sobie z tym nie poradziła, nie wystarczają nam już dzisiaj pomysły św. Augustyna.
A z czysto estetycznego punktu widzenia – mówimy przecież o literaturze, czyli formie sztuki – w takich opisach zła, w zgrozie, często kryje się wielkie piękno. Piękno samego zła i stylistyczne piękno języka, którym autor się posłużył.
SCMC: McCarthy był w gronie kandydatów do literackiego Nobla. Jak sądzisz, zasługuje na niego?
RS: Szczerze powiem, że nie ekscytuję się giełdą i nagrodą noblowską. Wydaje mi się, że ta nagroda przyznawana jest zbyt często i się dewaluuje – lepiej byłoby to robić co cztery lata, jak mistrzostwa świata w piłce nożnej. Czy ktoś dziś pamięta, kto został uhonorowany 8 lat temu? Albo kiedy nagrodę dostał Naipaul? Nie jest więc to dla mnie sprawa życia i śmierci, choć oczywiście cieszyłbym się, gdyby McCarthy ją dostał. Czy zasługuje? Co za pytanie. Na pewno, skoro zasłużył Dario Fo. Ale myślę sobie, że McCarthy'owski humanizm nie jest humanizmem, który przypadłby do gustu szanownemu jury. (Mówię tak, żeby sprowokować rzeczywistość :-))
SCMC: Jaki jest Twój ulubiony pisarz/książka?
RS: Chyba nie mam ulubionych pisarzy, mam raczej ulubione książki. Jednym z moich faworytów jest Pynchon za 49 idzie pod młotek i Tęczę grawitacji. Wydaje mi się, że Tęczę napisał bóg. :-) Wśród moich ulubionych książek jest na pewno Na marmurowych skałach Ernsta Jüngera w fantastycznym przekładzie Wojciecha Kunickiego. Rzecz napisana niesamowicie wysmakowanym, wyestetyzowanym językiem. Ma pewne podobieństwa z Drogą, bo opowiada o zagładzie kultury w starciu z brutalną siłą. I Moby Dick Melville'a.
SCMC: Nad czym obecnie pracujesz?
RS: Tłumaczę The Names Dona DeLillo i kończę pracę nad Wyznaniami buddyjskiego ateisty - to głos w debacie, czym dziś jest lub nie jest buddyzm.
SCMC: Co mógłbyś polecić wielbicielom prozy McCarthy'ego?
RS: House of Leaves Marka Z. Danielewskiego. Literackie szaleństwo. Gdyby ktoś chciał to wydać, to ja chętnie...
SCMC: Co sądzisz o niedawno powstałym serwisie CormacMcCarhty.pl?
Szczerze winszuję serwisu. Bardzo się cieszę, że zadano sobie trud, by powstał i by hulał rokendrolowo. Taka popularyzacja wydaje mi się bardzo cenna. Szacun, jak mówi młodzież.
Dziękuję za rozmowę:)
Wywiad przeprowadził 22-24.12.2010 Piotr Mikołajczak









