Ulubiony kowboj Hollywoodu
76-letni pisarz Cormac McCarthy opowiadał o miłości, religii, swym 11-letnim synu, końcu świata oraz filmie opartym na jego powieści pt. Droga. Dopiero się rozkręcał.
Powieściopisarz Cormac McCarthy unika wywiadów, ale uwielbia rozmowy. W zeszłym tygodniu pisarz zasiadł w zarośniętym zielenią patio Hotelu Menger, wzniesionego jakieś 20 lat po oblężeniu Alamo, którego pozostałości można oglądać w sąsiedztwie.
Popołudniowa rozmowa, w której brał udział również reżyser adaptacji filmowej Drogi, John Hillcoat, przeciągnęła się do zmroku, po czym przeniosła się do pobliskiej restauracji, w której zjedliśmy obiad. Ubrany w nowe dżinsy i pomarszczone, brązowe kowbojskie buty, pan McCarthy rozpoczął posiłek na stojąco, od drinka Bombay Gibson.
76-letni pisarz uznanie zdobył swoją powieścią z 1985 roku pt. Krwawy południk, która opowiada o amerykańskich najemnikach polujących na Indian na granicy meksykańskiej. Sukces komercyjny przyszedł wraz z książką Rącze konie, zdobywcą National Book Award oraz pierwszą częścią Trylogii Granicznej. Krytycy zagłębiali się w pełną szczegółów wizję Zachodu pisarza, barwne opisy przemocy oraz dobitny styl, pozbawiony większości interpunkcji.
Sam pisarz jednakże okazał się bardziej nieuchwytny. Nie da się go znaleźć na targach książkowych, odczytach i innych miejscach, w których gromadzą się powieściopisarze. Pan McCarthy preferuje towarzystwo „mądrych ludzi” spoza swej dziedziny, takich jak zawodowi gracze w pokera czy myśliciele z Instytutu Santa Fe, fundacji nauk teoretycznych w Nowym Meksyku, której autor jest długoletnim członkiem.
W ostatnich latach pisarz stopniowo zbliżał się do Hollywoodu. Wielu czytelników odkryło go dzięki filmowi z 2007 roku pt. To nie jest kraj dla starych ludzi, thrillerowi z walizką pełną brudnych pieniędzy oraz bezlitosnym mordercą. Nakręcony przez Joela i Ethana Coenów, zdobył cztery nagrody Akademii.
25 listopada [2009 roku], na ekrany kin ma wejść adaptacja filmowa powieści Droga, która wyznaczyła kolejny ważny etap rozwoju kariery pana McCarthy’ego. Równie osobista i wzruszająca co ponura, książka opowiada historię więzi między pewnym mężczyzną a jego bardzo młodym synem, gdy obaj przez lata walczą o przetrwanie w świecie, w którym jakiś kataklizm zniszczył społeczeństwo. Powieść zdobyła nagrodę Pulitzera w 2007 roku i była silnie promowana przez Oprah Winfrey, kiedy niespodziewanie wybrała ją do swego klubu książki.
Film, w którym wystąpił Viggo Mortensen jako ojciec oraz Kodi Smit-McPhee (w trakcie zdjęć miał 11 lat) jako jego syn, jest wierny posępnej narracji książkowej i przedstawia m.in. spotkanie z kanibalami. John Hillcoat jest Australijczykiem i autorem brutalnej historii w stylu western z 2005 roku pt. Propozycja, rozgrywającej się na australijskich pustkowiach. By zobrazować zdewastowane krajobrazy Drogi, Hillcoat nakręcił większość filmu w czasie zimowym w Pittsburghu, gdzie przemysł węglowy i hutniczy doprowadził do spustoszenia przyrodniczego.
Geneza powieści McCarthy’ego wiąże się głęboko ze sprawami osobistymi, a dokładniej jego stosunkami z 11-letnim synem, Johnem, owocem związku z trzecią żoną, Jennifer. Główny bohater Drogi, czując zbliżającą się śmierć, obsesyjnie ochrania syna i przygotowuje go do samotnego życia: „Wiedział tylko, że dziecko to jego racja bytu. Powiedział: Jeśli nie jest słowem Bożym, to Bóg nigdy nie przemówił” [przeł. Robert Sudół].
Pan McCarthy przyleciał tu z domu niedaleko Santa Fe, by odwiedzić biuro produkcji przyjaciela, Tommy’ego Lee Jonesa. Aktor wyreżyserował i wystąpił wraz z Samuelem L. Jacksonem w filmie opartym na sztuce autorstwa pana McCarthy’ego, The Sunset Limited. Rozpoczyna się on od powstrzymania pewnego mężczyzny przez innego przed rzuceniem się pod wagon metra i wyświetlany będzie na kanale HBO w przyszłym roku.
Panowie McCarthy oraz Hillcoat okazywali sobie swobodną serdeczność i otwartość, mimo że ich współpraca mogła nie wyglądać różowo.
Pan Hillcoat przyznał: „Zrzuciłeś spory ciężar z moich ramion kiedy powiedziałeś: «Słuchaj, powieść to powieść, a film to film i bardzo się od siebie różnią».”
Pan McCarthy, śmiejąc się często i patrząc w skupieniu szarymi oczami, łagodnym głosem porównywał książki z filmami, opowiadał o apokalipsie, ojcach i synach, przeszłych i przyszłych przedsięwzięciach, o tym jak pisze oraz o… Bogu.
Wall Street Journal: Gdy sprzedaje pan prawa do swoich książek, czy umowy zapewniają panu nadzór nad scenariuszem, czy też nie dają takiej możliwości?
Pan McCarthy: Nie, sprzedajesz je, idziesz do domu i idziesz spać. Nie mieszasz się do czyjegoś projektu.
WSJ: Gdy poszedł pan pierwszy raz na plan filmowy, jak to co pan widział współgrało z wizją Drogi z pańskiej głowy?
CM: Moja wizja tego, co działo się w Drodze nie uwzględniała 60 do 80 ludzi i masy kamer. [Reżyser] Dick Pearce i ja robiliśmy jakieś 30 lat temu film w Północnej Karolinie i pomyślałem sobie wtedy: „To dopiero piekło. Kto by chciał tak pracować?” Ja zamiast tego wstaję, piję kawę, chodzę dookoła, czytam trochę, siadam, napiszę parę słów, wyglądam przez okno.
WSJ: A czy jest coś bardziej pociągającego we współpracy z kimś w porównaniu z samotną pisarską pracą?
CM: O tak, najbardziej pociągające jest to, żeby unikać współpracy za wszelką cenę.
WSJ: Gdy dyskutował pan adaptację filmową Drogi z Johnem, czy naciskał na pana w związku z czynnikiem, który w opowieści wywołał kataklizm?
CM: Wielu ludzi mnie o to pyta. Nie mam zdania. W Instytucie Santa Fe znam się z naukowcami z wielu dziedzin, a niektórzy geolodzy twierdzą, że dla nich wyglądało to jak skutki uderzenia meteoru. Ale mogło to być cokolwiek — wulkan albo wojna nuklearna. To nieistotne. Najważniejsze jest pytanie: co poczniesz? Gdy ostatnim razem w parku Yellowstone wybuchła kaldera, cała Ameryka Północna pokryta została 30-centymetrową warstwą popiołu. Ludzie, którzy nurkowali w Jeziorze Yellowstone mówią, że na dnie jest 30-metrowe wybrzuszenie i cała ta rzecz zdaje się pulsować. Od różnych ludzi dostajesz różne odpowiedzi, a wybuch może nastąpić za trzy czy cztery tysiące lat, ale równie dobrze w czwartek. Nikt tego nie wie.
WSJ: Co pana najbardziej niepokoi?
CM: Jeśli pomyśleć o rzeczach, o jakich rozmawiają rozważni, inteligentni naukowcy, zdajesz sobie sprawę, że za 100 lat ludzie zmienią się nie do poznania. Naprawdę możemy stać się po części maszynami albo mieć wszczepiane komputery. To nie tylko teoria, że powstanie czip wszczepiany w mózg i zawierający wszystkie informacje ze wszystkich bibliotek świata. Jak mówią ludzie o tym dyskutujący: to tylko kwestia uzgodnienia podłączenia. To problem, który możesz zabrać ze sobą na noc do łóżka.
WSJ: Droga to historia miłości między ojcem a synem, ale nie mówią ani razu „Kocham cię”.
CM: Nie. Wydawało mi się, że to i tak nie wniosłoby do historii nic nowego. Ale wiele ze zdań, jakie padły w ich rozmowach, pochodzą z moich rozmów z Johnem. O to mi właśnie chodzi kiedy mówię, że jest współautorem książki. Wiele rzeczy, które powiedział dzieciak [z książki] to słowa wyjęte z ust Johna. John powiedział: „Tatusiu, co byś zrobił, gdybym umarł?” Ja odparłem: „Też chciałbym umrzeć”, a on na to: „Żebyśmy byli razem?”, ja: „Tak, żebyśmy byli razem.” Po prostu rozmowa, jaka mogła się przydarzyć dwójce kumpli.
WSJ: Czemu nie podpisuje pan egzemplarzy Drogi?
CM: Istnieją podpisane egzemplarze książki, ale należą do mojego syna Johna, więc jak skończy 18 lat, będzie mógł je sprzedać i pojechać do Las Vegas czy gdziekolwiek. Nie, to jedyne podpisane egzemplarze książki.
WSJ: Ile ich pan miał?
CM: 250. Czasami otrzymuję listy od sprzedawców książek i innych ludzi, którzy mówią: „Mam podpisany egzemplarz Drogi”, a ja odpowiadam: „Nie. Nie masz.”
WSJ: Jak się współpracowało z braćmi Coen przy To nie jest kraj dla starych ludzi?
CM: Spotkaliśmy się i pogawędziliśmy parę razy. Dobrze się bawiłem w ich towarzystwie. Są bystrzy i bardzo utalentowani. Tak jak John nie potrzebowali ode mnie żadnej pomocy, żeby nakręcić film.
WSJ: Rącze konie również doczekały się ekranizacji [w rolach głównych Matt Damon i Penelope Cruz]. Czy jest pan zadowolony z efektu?
CM: Mogło być lepiej. Mógł zostać skrócony i byłby z tego całkiem niezły film. Reżyser chciał przenieść na ekran całą książkę. Ale to jest niemożliwe. Powinno się wybrać fragmenty i ułożyć z nich historię, którą chce się opowiedzieć i przenieść na ekran. Zrobił ten czterogodzinny film, a potem zorientował się, że jeśli będzie chciał go wypuścić do kin, będzie musiał skrócić go do dwóch godzin.
WSJ: Czy to ograniczenie długości stosuje się też do książek? Czy 1000-stronicowy tom to za dużo?
CM: Dla współczesnego czytelnika, owszem. Najwyraźniej tylko w przypadku tajemniczych historii ludzie przeczytają książkę każdej grubości. Jak jest coś tajemniczego, to im dłużej tym lepiej, a ludzie przeczytają każde diabelstwo. Ale 800-stronicowych książek pisanych sto lat temu dziś nikt już nie napisze i ludzie muszą się do tego przyzwyczaić. Jeśli myślisz, że stworzysz coś takiego jak Bracia Karamazow czy Moby Dick, proszę bardzo. Nikt tego nie przeczyta. Nie obchodzi mnie jak dobre to jest ani jak bystrzy są czytelnicy. Ich intencje, ich mózgi — zmieniły się.
WSJ: Ludzie mówili, że Krwawy południk jest nie do sfilmowania ze względu na mrok i brutalność historii.
CM: To bzdura. Fakt, że to ponura i krwawa historia nie ma nic do rzeczy w kwestii, czy można ją przenieść na ekran. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że książkę bardzo trudno zaadaptować i trzeba by kogoś z bogatą wyobraźnią i jajami. Ale efekt byłby nadzwyczajny.
WSJ: Jak świadomość starzenia się i śmierci wpływa na pańską pracę? Czy ponagla ona pana do intensywniejszych wysiłków?
CM: Twoja przyszłość staje się coraz krótsza i zdajesz sobie z tego sprawę. W ostatnich latach nie miałem ochoty na nic innego oprócz pracy i przebywania z [synem] Johnem. Słyszę jak ludzie mówią o tym, żeby pojechać na wakacje czy coś takiego i myślę sobie: o co chodzi? Nie mam ochoty jechać na żadną wycieczkę. Mój idealny dzień wygląda tak, że siadam w pokoju nad czystą kartką. Dla mnie to niebo. Złoto, a cała reszta to tylko strata czasu.
WSJ: Jak tykający zegar wpływa na pańską pracę? Czy skłania pana do pisania krótszych tekstów czy też raczej ujmowania wszystkiego w wielkie, wszechstronne dzieła?
CM: Nie interesuje mnie pisanie krótkich opowiadań. Wszystko, co nie zabiera ci lat życia i doprowadza do samobójstwa jest niewarte zachodu.
WSJ: Ostatnie pięć lat najwyraźniej było dla pana bardzo owocne. Czy zdarzały się też okresy wyjałowienia twórczego?
CM: Nie uważam, by istniały jakieś bogate i jałowe okresy. Taki obraz widzisz na podstawie tego, co opublikowano. Twój najbardziej pracowity dzień może polegać na obserwowaniu jak mrówki noszą okruchy chleba. Ktoś zapytał Flannery O’Connor dlaczego pisała, a ona odpowiedziała: „Bo byłam w tym dobra.” I myślę, że to dobra odpowiedź. Jeśli jesteś w czymś dobry, trudno tego nie robić. Rozmawiając ze starszymi ludźmi, którzy mieli dobre życia, połowa z nich niewątpliwie odpowie: „Najważniejszą rzeczą w moim życiu jest to, że byłem wyjątkowym szczęściarzem.” A gdy to słyszysz, wiesz, że mówią prawdę. To nie umniejsza ich talentu czy włożonej pracy. Możesz mieć to wszystko, a i tak ponieść porażkę.
WSJ: Czy może mi pan opowiedzieć o książce, nad którą pan pracuje, opisać historię czy umiejscowienie akcji?
CM: Nie jestem zbyt dobry w opowiadaniu o takich rzeczach. Generalnie rzecz biorąc, akcja rozgrywa się w Nowym Orleanie około roku 1980. Mamy do czynienia z bratem i siostrą. Na początku książki ona jest już po samobójstwie i cała historia jest o tym, jak on sobie z tym radzi. To interesująca dziewczyna.
WSJ: Niektórzy krytycy podkreślają, że bardzo rzadko pisze pan o kobietach.
CM: Ta długa książka jest w głównej mierze o młodej kobiecie. Pojawiają się interesujące sceny przewijające się przez całą książkę i wszystkie dotyczą przeszłości. Ona popełniła samobójstwo jakieś siedem lat wcześniej. Planowałem napisać o kobiecie przez jakieś 50 lat. Nigdy nie byłem na tyle kompetentny, by się za to zabrać, ale w pewnym momencie musisz spróbować.
WSJ: Urodził się pan w Rhode Island, a dorastał w Tennessee. Dlaczego ostatecznie zamieszkał pan na południowym-zachodzie?
CM: Zamieszkałem na południowym-zachodzie, ponieważ wiem, że nikt nigdy jeszcze o nim nie pisał. Oprócz Coca Coli, powszechnie znani są kowboje i Indianie. Możesz jechać do wioski w mongolskich górach, a będą tam znać kowbojów. Ale nikt nie podjął poważnie tematu, nikt przez ostatnie 200 lat. Pomyślałem, że to dobry temat. I faktycznie był to dobry temat.
WSJ: Dorastał pan w rodzinie irlandzkich katolików.
CM: Tak, poniekąd. Ale nie ma o czym mówić. Chodziliśmy po prostu co niedzielę do kościoła. Nie pamiętam nawet, byśmy kiedykolwiek w domu rozmawiali o religii.
WSJ: Czy Bóg, z jakim za młodu spotykał się pan w kościele w niedziele, jest tym samym Bogiem, w którego wątpi i którego przeklina mężczyzna w Drodze?
CM: Być może. Żywię wielką sympatię do duchowego spojrzenia na życie i myślę, że jest ma ono wielkie znaczenie. Ale czy ja jestem osobą duchową? Chciałbym. Nie to żebym myślał o jakimś miejscu, w którym chciałbym się znaleźć po życiu, chodzi o to, żeby być lepszą osobą. Mam przyjaciół w Instytucie. To po prostu bardzo bystrzy goście wykonujący trudną robotę przy rozwiązywaniu trudnych problemów i mówią oni: „Jest dużo ważniejsze, żeby być dobrym niż żeby być inteligentnym.” I ja się zgadzam z tym, że to dużo ważniejsze, żeby być dobrym niż żeby być inteligentnym. Tylko tyle mogę ci zaproponować.
WSJ: Skoro Droga jest książką tak osobistą, czy wahał się pan przed zezwoleniem na jej ekranizację?
CM: Nie. Widziałem film Johna [Propozycja], znałem jego reputację i czułem, że zapewne wykona dobrą robotę z tym materiałem. Poza tym mój agent [Amanda Urban], ona jest po prostu najlepsza. Nie sprzeda książki komuś zanim nie będzie miała przekonania co do tego, co ten ktoś może z książką zrobić. To nie tylko kwestia pieniędzy.
JH: Czy To nie jest kraj dla starych ludzi nie miał być z początku scenariuszem do filmu?
CM: Tak, tak właśnie to napisałem. Pokazałem to paru ludziom, ale oni nie wydawali się zainteresowani. Tak naprawdę powiedzieli: „To nigdy nie wypali.” Lata później wyciągnąłem tekst i przekształciłem go w powieść. Nie potrzebowałem wiele czasu. Byłem na rozdaniu Oscarów z Coenami. Mieli stół zastawiony nagrodami zanim wieczór dobiegł końca, siedzieli jak puszki piwa. Jedną z pierwszych statuetek dostali na najlepszy scenariusz, a gdy Ethan wrócił, powiedział do mnie: „Dobra, ja co prawda nic z nim nie zrobiłem, ale nagroda jest moja.”
WSJ: Do powieści takich jak Krwawy południk przeprowadził pan gruntowne badania historyczne. A jakie przygotowania przedsięwziął pan przed Drogą?
CM: Nie wiem. Po prostu pogadałem z ludźmi o tym, jak może wszystko wyglądać po różnych kataklizmach, ale nie jakieś tam wielkie badania. Rozmawiałem przez telefon z moim bratem, Dennisem, i dosyć często dochodziliśmy do jakichś strasznych scenariuszy końca świata, co kończyło się śmiechem. Każdy, kto by nas słyszał, powiedziałby: „Dlaczego po prostu nie pójdziecie do domu, nie wejdziecie do wanny z gorącą wodą i nie otworzycie sobie żył?” Zastanawialiśmy się, co by robili ludzie, gdyby przetrwał drobny procent populacji. Prawdopodobnie podzieliliby się na małe plemiona i gdy wszystkiego by zabrakło, zaczęliby jeść się nawzajem. Wiemy, że pod kątem historycznym jest to całkowita prawda.
WSJ: Kim jest pański brat Dennis? Naukowcem?
CM: Tak. Ma doktorat z biologii, ale jest też prawnikiem, miłym facetem i dobrym przyjacielem.
WSJ: Braterska rozmowa nagle zmierza na temat apokalipsy?
CM: Częściej niż moglibyśmy to usprawiedliwić.
WSJ: Jakie reakcje na Drogę otrzymał pan od różnych ojców?
CM: Dostałem taki sam list od sześciu różnych ludzi. Jeden z Australii, jeden z Niemiec, jeden z Anglii, ale wszystkie mówiły to samo. „Zacząłem czytać pańską książkę po obiedzie i skończyłem ją o 3:45 nad ranem. Wstałem, poszedłem na górę, obudziłem dzieci i siedziałem po prostu na łóżku, trzymając je w ramionach.
JH: Cormac, czy twoim zdaniem uchwyciliśmy ducha książki?
CM: Tak, zdecydowanie. Chociaż nie widziałem ostatecznej wersji.
JH: Cieszę się, że nie musiałeś siedzieć na nieokrojonej wersji, bo trwała cztery godziny. Słuchaj, nigdy nie zrobiłem filmu trwającego nawet dwie godziny. Uwielbiam dawne, 90-minutowe produkcje.
CM: Jedna szkoła mówi, że reżyserom nie powinno się pozwalać na montaż własnych filmów. Ale prawda jest taka, że powinno. I najlepiej jak by byli bardzo brutalni. Bardzo brutalni.
JH: Widzowie są różnie nastawieni. W dzisiejszych czasach coraz trudniej robić w filmach szerokie ujęcia. Im większy budżet, tym więcej zbliżeń i tym szybciej się zmieniają. To zupełnie inne podejście. W końcu dojdzie do dwóch ekstremów: filmy uprzywilejowane, które dołączą do takich marek jak Barbie, Battleship czy Ronald McDonald; a z drugiej strony te niesamowite, niskobudżetowe filmy cyfrowe. Ale ten środkowy teren nie może spełniać swej roli w obecnym modelu. Może model się zmieni i jak dobrze pójdzie, to się dostosuje.
CM: Cóż, nie wiem która część naszej kultury przetrwa, jeśli w ogóle przetrwa. Jak oglądasz greckie dramaty, są naprawdę dobre. A jest ich zaledwie garstka. A ciekawe jak dobre by były, gdyby przetrwało ich 2500? Ale to przyszłość patrzy wstecz na nas. Wszystko o czym pomyślisz — będzie tego miliony. Już sama liczba wszystkich rzeczy obniży ich wartość. Nieważne czy to sztuka, czy literatura, poezja, dramat — cokolwiek. Sama ilość tego wszystkiego sprawi, że to zblaknie. To znaczy: gdybyśmy mieli tysiące greckich sztuk do czytania, czy tak samo uważalibyśmy je za tak dobre? Nie wydaje mi się.
JH: Nie, masz absolutną rację. Jako przykład: Festiwal Filmowy w Toronto jest jednym z największych festiwali filmowych. Po raz pierwszy zrobili coś takiego, że dużo trudniej zakwalifikować film. Wprowadzili opłatę zgłoszeniową, a i tak mieli tego roku 4 tysiące zgłoszeń. Udało im się ograniczyć liczbę do 300.
CM: To tylko przedsmak tego, co nadejdzie. Straszliwa ilość artefaktów usunie wszelkie znaczenie, jakie mogły kiedykolwiek mieć. Ale zapewne i tak nie dojdziemy tak daleko.
JH: To wiadomość z pierwszej ręki? Czy ktoś z Instytutu zdradził ci poufną informację? Możesz nam podać datę?
CM: Czego, końca świata? [Śmiech] Nie, nie mają daty.
JH: Twoja twórczość to pewien rodzaj poezji. Mimo to duża część tego co czytasz i studiujesz to rzeczy techniczne lub oparte na faktach. Czy istnieje jakaś granica pomiędzy sztuką a nauką i gdzie zaczyna się zacierać?
CM: Bez wątpienia w naukach ścisłych i matematyce jest pewna estetyka. To przez nią Paul Dirac popadł w kłopoty. Był jednym z wielkich fizyków XX wieku. Jednak wierzył, tak jak inni fizycy, że mając wybór między czymś, co jest logiczne, a czymś, co piękne, bardziej prawdopodobne jest to co estetyczne. Gdy [Richard] Feynman przedstawił swą uaktualnioną wersję elektrodynamiki kwantowej, Dirac nie mógł uwierzyć, że jest prawdziwa, ponieważ wyglądała odrażająco. Była bezładna. Nie posiadała klarowności, elegancji, które wiązał z teoriami matematycznymi czy fizycznymi. Ale mylił się. Nie ma na to żadnej formuły.
WSJ: Czy istnieje różnica między portretami ludzkości w Drodze i Krwawym południku?
CM: Nie ma zbyt wielu dobrych gości w Krwawym południku, a właśnie o dobrych gościach jest Droga. Na tym rzecz polega.
JH: Pamiętam jak mówiłeś mi, że tematem Krwawego południka jest ludzkie zło, natomiast Drogi — dobro. Dopiero gdy sam miałem syna zrozumiałem, że osobowość to coś wrodzonego, co jest w człowieku. Widzisz jak się kształtuje. W Drodze chłopiec urodził się w świecie, gdzie moralność i etyka to coś minionego, zupełnie jak naukowy eksperyment. Ale to on jest najbardziej moralną postacią. Myślisz, że ludzie rodzą się wewnętrznie dobrzy?
CM: Nie wydaje mi się, by dobroć była czymś, czego się uczymy. Gdyby zostawić człowieka samego w świecie, żeby się uczył z niego dobroci, to miałby spory problem. Ludzie mówią mi od czasu do czasu, że mój syn John to cudowny dzieciak. Ja im mówię, że moralnie jest ode mnie dużo doskonalszy, tak że głupio jest mi poprawiać go w pewnych sprawach, ale przecież muszę coś robić — jestem jego ojcem. Niewiele zdziałasz próbując zmienić dziecko w kogoś, kim nie jest. Lecz czymkolwiek jest, bez wątpienia możesz to zniszczyć. Bądź surowy i okrutny a zniszczysz nawet najlepszego człowieka.
WSJ: Co pan i pański syn robicie wspólnie? Gdzie znajdujecie wspólną płaszczyznę?
CM: W moim odczuciu wspólnota krwi nie gra tu istotnej roli. Mam dużą rodzinę i jest tylko jedna osoba, która jest mi naprawdę bliska, i jest nią mój młodszy brat, Dennis. To mój typ kumpla. A ja jestem jego typem kumpla. No i John to mój typ kumpla.
WSJ: Obaj panowie jesteście ojcami małych dzieci. Obserwując je, czy macie poczucie, że talenty artystyczne przechodzą z rodziców na dzieci?
CM: John ciągle rysuje, ale muszę przyznać, że nie jest w tym zbyt dobry, a ja byłem bardzo dobry. Byłem dziecięcym artystą. Cudownym dzieckiem. Robiłem różne rzeczy. Duże, krzykliwe malunki zwierząt. Nie zajmowałem się tym od lat. Wszystko to zanikło. Nigdy do tego nie powróciłem.
JH: Jesteśmy w tym podobni. Miałem poważną dysleksję i rysowanie było moim mechanizmem przetrwania. Skończyło się tak, że w młodym wieku zrobiłem osobną karierę, wystawiając swoje prace w Galerii Sztuki w Hamilton w Kanadzie. Robiłem dla miasta malowidła ścienne.
WSJ: Naprawdę? Czy tylko ja jestem dziwolągiem, który nie wystawiał za młodu swoich dzieł sztuki?
CM: Ja swoje wystawy miałem w wieku ośmiu lat. Chodziło mi tylko o prestiż. Lokalne wystawy sztuki. Pamiętam nawet niektóre obrazy. Jeden z nich przedstawiał szarżującego nosorożca. Był całkiem ładny. Wielka akwarela, media mieszane. Inne było jasnoczerwone i przedstawiało wybuchający wulkan. Zabawne. Później rysowałem ptaki i podobne rzeczy. Malowanie natury.
WSJ: Czy wydaje się panu, że próbuje pan zadawać te same wielkie pytania we wszystkich dziełach, tyle że na różne sposoby?
CM: Praca twórcza często wypływa z bólu. Może być tak, że jeśli coś z tyłu twojej głowy nie przyprawia cię o szaleństwo, to nic nie robisz. Nie jest to dobre rozwiązanie. Gdyby ja był Bogiem, zrobiłbym to inaczej. Rzeczy, o których pisałem, już mnie nie interesują, ale ciekawiły mnie z pewnością zanim o nich napisałem. A zatem jest coś takiego w pisaniu, co spłaszcza je. Zużyły się. Mówię ludziom, że nigdy nie czytam swoich książek i to prawda. Myślą, że się zgrywam.
WSJ: Wcześniej wspomniał pan o roli, jaką szczęście odgrywa w życiu. W którym momencie szczęście przyszło panu z pomocą?
CM: Od czasu Adama nie istniał większy szczęściarz niż ja. W moim życiu nie wydarzyło się nic, co nie było doskonałe. I wcale sobie nie żartuję. Nigdy nie miałem okresów, kiedy byłem bez grosza przy duszy i załamany, kiedy coś nie wychodziło. I tak za każdym razem. Wystarczająco, by stać się od tego przesądnym.









