WYWIAD CORMACA McCARTHY'EGO W OPRAH WINFREY SHOW

Oprah Winfrey: Cóż, wygląda pan jak na okładce.
Cormac McCarthy: To dobrze, czy źle?
OW: Bardzo dobrze. Dziękuję, że jest pan dziś z nami.
CM: To mój pierwszy raz.
OW: Tak, słyszałam, że to pierwszy raz. Dlaczego pan nigdy wcześniej tego nie robił?
CM: Cóż, nie sądzę, żeby to dobrze robiło na głowę. Człowiek spędza dużo czasu, myśląc, jak napisać książkę i chyba nie powinien o tym mówić, tylko to po prostu robić.
OW: Och, naprawdę?
CM: Takie jest moje zdanie.
OW: A więc nie ma pan nic przeciwko prasie, mediom i wszystkiemu, co się z tym wiąże?
CM: Nie, nie.
OW: Na pewno?
CM: Nie mam. Ja pracuję w swojej branży, pani pracuje w swojej, i tyle.
OW: Mam dokładnie takie samo zdanie.
Narracja: Cormac McCarthy jest postrzegany przez wielu jako jeden z najwybitniejszych żyjących amerykańskich pisarzy. Przez ostatnie cztery dekady napisał dziesięć powieści, a jego bestseller Rącze konie zdobył National Book Award i doczekał się adaptacji filmowej.
OW: Czy zawsze wiedział pan, że zostanie pisarzem?
CM: Myślę… trudno powiedzieć. Kiedy byłem dzieckiem, trochę pisałem, a jako nastolatek w ogóle niewiele robiłem.
OW: Czy pisanie pana pasjonuje? Wie pan, obecnie, gdy rozmawiam ze studentami, mówię im, żeby podążali za swoją pasją, bo pieniądze są nieważne, jeśli oni spełnią się w życiu. Wtedy to spełnienie będzie ich nagrodą, wynagrodzeniem. Czy pisanie to pana pasja?
CM: Sam nie wiem, czy to moja pasja. Słowo „pasja” brzmi trochę pretensjonalnie. Lubię to, co robię. Przypuszczam, że niektórzy publikowani pisarze nienawidzą swojej pracy i uważają to zajęcie za brzemię. Ja na pewno tak tego nie odczuwam. Owszem, czasem to trudne. Człowiek zawsze ma wizję doskonałości, której nigdy nie osiągnie, ale przecież to nie znaczy, że ma przestać próbować ją osiągnąć. Myślę jednak, że w gruncie rzeczy ta wizja, którą mamy, ten wewnętrzny obraz czegoś, co jest absolutnie doskonałe, służy za drogowskaz, za przewodnika. Nigdy nie dotrzemy do celu, ale bez tego drogowskazu w ogóle się pogubimy.
OW: Czy zaczynając pisać książkę, wychodzi pan od tej wizji?
CM: Nie wydaje mi się, żeby to się dokonywało świadomie. Po prostu zawsze mamy tę nadzieję, że dziś zrobimy coś lepszego niż wszystko, czego dotąd dokonaliśmy. Tak… (śmiech)
OW: A więc jest nadzieja!
CM: Jak się pani podoba taka pycha?
OW: Podoba. A zatem, czy pisze pan metodycznie, według jakiegoś planu? Wie pan, rozmawiałam w ciągu wielu lat z różnymi pisarzami i…
CM: Nie…
OW: Nie? Gdy zasiada pan do pisania, to po prostu przychodzi od tak?
CM: Ech… Faulknera raz zapytano: „Czy pisze pan każdego dnia, czy tylko gdy przyjdzie natchnienie?” Odparł: „Piszę tylko wtedy, kiedy przyjdzie natchnienie, a natchnienie przychodzi każdego dnia”. (śmiech) Trzeba to brać poważnie, jeśli zaczynamy traktować pisanie jako pracę. Niektórzy ludzie pytają, czy wcześniej rozplanowuję całą fabułę. Ja na to: „Nie, nie, to byłoby zabójcze!” Nie można sobie wszystkiego zaplanować, należy ufać temu… temu, skąd to wszystko się bierze.

Narracja: Droga niedawno otrzymała jedną z najbardziej prestiżowych nagród wydawniczych: Nagrodę Pulitzera za rok 2007 w kategorii „beletrystyka”.
OW: Gdy zaczynał pan Drogę, wiedział pan, jak się skończy? Czy to samo przyszło?
CM: Nie, nie miałem pojęcia, dokąd zmierzam.
OW: Skąd wziął się ten apokaliptyczny sen?
CM: Cóż, to bardzo interesujące, gdyż zazwyczaj nie wiemy, skąd się biorą książki. Po prostu gdzieś to tkwi… jakby takie swędzenie i nie można się podrapać. Jakieś cztery lata temu pojechałem z synem do El Paso.
OW: Teraz ma osiem lat?
CM: Tak. Zatrzymaliśmy się w starym hotelu. Pewnej nocy, gdy John spał, była druga, może trzecia, ja nie spałem i stanąłem przy oknie. W mieście nic się nie ruszało, ale usłyszałem odgłos pociągu, taki bardzo, bardzo samotny dźwięk. Wyobraziłem sobie, jak to miasto może wyglądać za pięćdziesiąt, sto lat. Miałem wizję ogni na szczycie wzgórza i zobaczyłem, jak wszystko obraca się w perzynę. Myślałem wtedy wiele o swoim małym synu. I w ten sposób napisałem te strony. Po czterech latach, gdy byłem w Irlandii, obudziłem się któregoś ranka i zdałem sobie sprawę, że to już nie dwie strony w notatniku — to cała książka. I była to książka o tym właśnie mężczyźnie i o tym chłopcu.
Narracja: Droga dedykowana jest ośmioletniemu synowi Cormaca McCarthy'ego, Johnowi Francisowi.
OW: Czy to opowieść o miłości do pańskiego syna?
CM: Hmm... W pewnym sensie tak, ale to trochę zawstydzające. Myślę, że tak jest…
OW: Widzę jak się pan rumieni… (śmiech) Gdy ludzie zapytają, skąd się wzięła książka, odpowiedź będzie oczywista: „Powstała, bo praktycznie rzecz biorąc, mój syn napisał ją razem ze mną”. Czy gdyby pan nie miał w tym czasie syna, książki by nie było?
CM: Nie, absolutnie nie. Nawet bym nie próbował. Nie potrafiłbym napisać książki o ojcu i synu.
OW: Jak to jest, być ojcem w tym okresie życia, w którym pan teraz jest? Czym to się różni?
CM: Myślę, że człowiek bardziej to docenia. Gdy jesteśmy młodzi i mamy dziecko, to nic nadzwyczajnego — po prostu mamy dzieciaka. Ale gdy mamy dziecko, kiedy już jesteśmy starsi, to wyrywa nas ono z drzemki (śmiech) i sprawia, że patrzymy na różne rzeczy świeżym spojrzeniem. Otwiera dla nas świat. I to jest wspaniałe.
OW: Dowiemy się kiedyś, o co naprawdę chodzi w tej książce? Krytycy i pana wielbiciele dostrzegają w niej różne rzeczy. Niektórzy mówią, że chodzi o wędrówkę człowieka po ziemi lub podróż duchową. Czy to prawdja, czy to po prostu historia mężczyzny i chłopca idących drogą?
CM: Ja będę się upierał przy opowieści o mężczyźnie i chłopcu idących drogą, ale oczywiście w czasie czytania książki można wyciągać wnioski dotyczące rozmaitych rzeczy, w zależności od gustu. Myślę jednak, że to bardzo prostolinijna opowieść.
OW: Wie pan, ciekawe jest to, że gdybyśmy przeczytali tę książkę dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat temu, wydawałaby się futurystyczna. Ale jest w niej coś złowrogiego, prawdziwego.
CM: Wie pani, myślę, że od lat dziewięćdziesiątych ludzie są bardziej zaangażowani emocjonalnie w apokaliptyczne sprawy, do których wcześniej nie byliśmy przyzwyczajeni.
OW: Nie przywykliśmy do życia w strachu, zamartwiania się o to, co stanie się nazajutrz.
CM: Dobrze nam poszło. Ten kraj miał dużo szczęścia, tak samo jak ja.
OW: Wie pan zatem, co zaprząta ludzkie myśli, bo to zaprzątało pańskie. Co według pana powinniśmy wynieść z tej konkretnej książki?
CM: Po prostu to, żebyśmy nauczyli się bardziej troszczyć o różne rzeczy i ludzi, nauczyli się bardziej wszystko cenić. Życie jest diabelnie dobrą rzeczą, nawet jeśli wygląda kiepsko. Powinniśmy je bardziej doceniać. Powinniśmy odczuwać wdzięczność. Może nie tyle wdzięczność, co zadowolenie z tego, co mamy.
OW: Nie rozpracował pan jeszcze kwestii Boga, prawda?
CM: To zależy od dnia, w którym mnie pani o to zapyta. (śmiech) Niemniej czasami dobrze jest się pomodlić. Nie uważam, że powinniśmy mieć jasno sprecyzowane pojęcie, kim lub czym jest Bóg, oraz do kogo trzeba się modlić. Równie dobrze można mieć masę wątpliwości w tej sprawie.
OW: Czy przykłada pan wagę do tego, że obecnie miliony ludzi na świecie czytają pańskie książki, podczas gdy dawniej były to zaledwie nieliczne tysiące?
CM: (westchnienie) Muszę powiedzieć, że tak naprawdę nie bardzo mnie to obchodzi. Po prostu mnie to nie interesuje. To znaczy, każdy chciałby, żeby ludzie cenili jego książki, ale kiedy liczba czytelników jest wielka, to co z tego? OK, nie ma w tym nic złego — nie popsuje mi to dnia. (śmiech)
OW: Muszę panu powiedzieć, że należy pan do odrębnego gatunku pisarzy. Bardzo przyjemnie było się z panem spotkać.
CM: Dziękuję, mnie również było miło.
OW: To wręcz zaszczyt. Naprawdę jest pan inny niż wszyscy pisarze.

tłum. Mateusz Kopacz










