Kroki w ciemnościach
Chodzę w ciemnościach. Każdy w nich błądzi. Nigdy do końca nie wiemy, kim są ludzie wokół nas, nie wiemy co kieruje ich i naszymi poczynaniami i nie znamy niczyjej przyszłości. Kształtujemy swoją drogę jedynie przeczuciami, niejasnymi przewidywaniami i wspomnieniami. Wielokrotnie nieostrożnie stawiając kroki, wchodzimy w jeszcze bardziej gęstą noc, bez zastanowienia
W ciemność idą również bohaterowie drugiej chronologicznie powieści Cormaca McCartyego „Outer dark” (1965). Fabuła książki jest dość prosta. U McCarthy'ego nie potrzeba zawiłości fabularnych i intryg rodem ze skandynawskich kryminałów, językowych zabaw, rozbudowanych portretów psychologicznych czy rozbuchanych opisów miejsc, przez które nas prowadzi. U amerykańskiego prozaika trzeba zwracać uwagę na każde zdanie, ponieważ suspens ukryty jest między wierszami, o postaciach mówią jedynie ich czyny i niektóre dialogi, a lokacje opisywane są w kilku zdaniach, dając wyobraźni zawsze nieliche zadanie. Nie inaczej jest z powieścią – „W ciemność”.

Bohaterami powieści jest rodzeństwo Culla i Rinthy Holme. Z ich kazirodczego związku w ogromnych męczarniach i gorączce rodzi się chłopiec, którego mężczyzna wynosi z domu i kładzie nad brzegiem strumienia, pomiędzy topolami. Mówi swojej siostrze, że dziecko zmarło. Przechodzący tamtędy wędrowny druciarz znajduje chłopca i bierze go ze sobą, oddając pod opiekę zastępczej mamce. Po kilkunastu dniach, gdy Rinthy w końcu wyzdrowiała, zaczęła zdawać sobie sprawę, że w głębi serca nie wierzy w śmierć swojego dziecka i na własne oczy chce zobaczyć szczątki chłopca. Gdy w ostateczności, po rozkopaniu grobu i rozmowie z bratem okazuje się, że mężczyzna ją okłamał, wyrusza w podróż za druciarzem, który jak jej się zdaje, kupił chłopca od Culli. Brat próbuje odnaleźć siostrę. Rozdziały poprzecinane są scenami z udziałem trzech dziwnych osobników, niosących śmierć i zniszczenie. Przemierzają okolice niczym dziki gon, jak zdeformowani i niekompletni Jeźdźcy Apokalipsy.
19-letnia Rinthy, ubrana w postrzępioną, niebieską sukienkę przez całą drogę niesie ze sobą zawiniątko. Coś, co pomaga jej przez cały czas myśleć o dziecku, co jest jego namacalnym substytutem. Przypominała istotę wyrwaną z objęć grobu, cierpiącą i umęczoną wędrówką. Tak bardzo stopiła się z przyrodą, że nawet ptaki nie uciekały na jej widok, a w drodze towarzyszyły jej kolorowe motyle. Nie było w niej grama okrucieństwa, była poczciwa i dobra, a jej pragnienie odnalezienia życia, jakie wydała na świat, determinowało wszystko, co robiła. W połowie obłąkana, zatruta wizją chłopca, który został jej ukradziony przez brata, a później przez druciarza, snuje się boso po okolicy niczym ranny duch, eteryczna i wywołująca współczucie zjawa. Ludzie, którzy ją napotykają, okazują jej serce i dobroć, jednak ona rusza dalej, opanowana wizją odnalezienia zaginionego dziecka.
Culla jest starszy od siostry. Traktuje Rinthy w sposób, w jaki traktowano wtedy kobiety. Jest powierzchowny i brakuje mu empatii. Nie boi się pracy, nie ma niczego co mógłby zaoferować oprócz swoich mięśni. Po odłożeniu dziecka nad strumykiem, spluwa do wody, a ślina dwukrotnie płynie pod prąd. Ta scena nie tylko przestraszyła Holme'a, a także i mnie. Jest zapowiedzią czegoś złego. Ktoś zrobił coś wbrew naturze i zakłócił prawidła. Po powrocie do domu Culla zachowuje się dziwnie, uderza energicznie siekierą w ziemię, rysuje na piasku dziwaczne symbole, których sam nie rozumie. Czyni w ten sposób jakieś wypływające z archetypicznego rdzenia jego mózgu gusła, mające naprawić błąd lub całkowicie zaprzedać go ciemności. Siada nad strumykiem i obserwuje sam siebie, analizuje to, co zrobił. Choć jest prostym człowiekiem, stara się poradzić sobie z grzechem w mroczny, niesamowicie zniekształcony sposób. Prawie każdy bohater tej książki ma upośledzoną, wypaczoną duszę. Wyrazem tego zagubienia, może być dialog Culli z woźnicą:
„A ty daleko idziesz?
Nie wiem, odrzekł Holme. Pewno tylko do tego miasteczka.
Pszczelarz spojrzał na niego z ukosa i znów odwrócił głowę. A może po prostu nie wiesz dokąd idziesz?
Nie wiem, powiedział Holme.
To po co idziesz?
Dokąd?”

McCarthy opisuje prawdziwą, choć odległą już Amerykę, gdzie życie ludzkie ma wartość przeliczalną jedynie na materię, a rodzący się Duch, istnieje w otaczającej bohaterów przyrodzie i dopiero kiełkuje lub jeszcze wegetuje jako ziarno, w najgłębszych zakamarkach ludzkiego serca. Widzimy go w chwilach dobroci, podszytych podejrzliwością i wnikliwą obserwacją człowieka, któremu dobro jest oferowane. Częstokroć jednak dobro znika szybciej niż się pojawiło.
Poza tym Cormac czaruje językiem po raz kolejny. Opisy przyrody potrafią nie tylko zachwycić i rozbawić, a w największej części wypełnione są mistycyzmem i grozą, którą tylko McCarthy potrafi ująć w taki wyjątkowy sposób. Wystarczy czasami jedno zdanie, by namalować krajobraz zapierający dech. Wracamy do początku zdania i czytamy jeszcze raz, nie mogąc się nadziwić, że wcześniej coś opuściliśmy. Mchy zwieszające się z drzew niczym włosy czarownic, zatrute ciemnością kwiaty i wierzby płonące w promieniach zachodzącego słońca limonkową zielenią, gniazdo szerszeni przypominające ohydne, papierowe jajo. Sytuacji, w których niepozorny kształt czy od niechcenia wypowiedziane słowo jest zapowiedzią czegoś złego, mamy tu mnóstwo: sokół kołujący nad Holmem, krzycząca gdzieś w gęstwie leśnej synogarlica, pająk zwisający nad studnią niczym nad ogromną otchłanią itd.
McCarthy nie unika w tej powieści humoru. Bardzo często możemy się spotkać z ozdobionymi ironią scenami i wręcz groteskowym zachowaniem niektórych pobocznych bohaterów powieści. Rozmowa ze świniopasami, wizyta Rinthy u doktora czy kłótnia pewnego małżeństwa o masło, to majstersztyki. Dialogi są wspaniałym obrazem człowieka, który mówiąc mało lecz konkretnie, jawi się nam jak postać z krwi i kości. W owych czasach nie umiano powszechnie czytać i pisać, mowy uczono się od rodziców i rówieśników, choć w większości milczenie wypełniało powietrze wokół ludzi, którzy po prostu nie mieli sobie nic do powiedzenia. McCarthy mistrzowsko to pokazuje.
W powieści wielokrotnie pada słowo „ciemność” w różnych konfiguracjach. Ciemne są lasy i miasteczka, ciemność wybija z okien, ciemność czai się w ludzkich sercach i przede wszystkim tam, gdzie płonie ogień, otoczony przez trzech jeźdźców Apokalipsy: Brodacza, który według mnie symbolizuje Wojnę i chaos, Harmona (Harm to po angielsku nic innego jak krzywda, szkoda lub skaleczenie), któremu przypisać możemy imię Zaraza i milczącego mężczyznę, który prawdopodobnie oznaczał Głód. Ponury orszak trójki wyjętych spod prawa złoczyńców, mordujących wszystko i wszystkich jest jedną z najbardziej przerażających . „(...) światło otaczało ich głowy aureolą fałszywej świętości, i szli tak długo, aż wreszcie słońce zaszło, dalej wędrowali więc już w cieniu, co znaczenie ułatwiło marsz”. „Są rzeczy, którym lepiej nie nadawać nazw”, mówi o sobie Brodacz. Nie obchodzą go prawa i konwencja. Jest złem, i choć brzmi to paradoksalnie, jakimś dziwnie uporządkowanym chaosem.
Czwartym jeźdźcem – Śmiercią, jest ten, którego spotkali na swojej drodze - Culla. Przemienił się w Nią, gdy próbował zabić swojego syna, a potem malując niezrozumiałe symbole. Wszystko czego dotknął - umierało. Śmiało możemy powiedzieć, że sprowadzał śmierć na innych.

Spoglądając na inne dzieła Cormaca McCarthy'ego, „Outer dark” jest „porządnym średniakiem”. Jednak gdybym nie czytał wcześniej żadnej jego książki, wstrzymałbym się z tym określeniem i nazwałbym powieść arcydziełem. McCarthy ma swoją klasyfikację, w której wśród pisarzy, jest zawsze w nietykalnym gronie geniuszy literatury. Jednak mając około 30 lat, pisał jeszcze nie tak, jak przyzwyczaił już polskich czytelników chociażby we wspaniałej „Drodze”, gdzie z największą precyzją ociosywał zdania, tworząc zatrutą ucztę dla wyobraźni czy w „Rączych koniach” rozbuchanych od metafor, rozważań i wizji pędzących przez prerię duchów Indian. Ta książka jest wspaniałym przykładem na to, że McCarthy od początku miał talent do stwarzania światów autentycznych i takich, w których czujemy śmiertelny zachwyt, piękno i przerażenie, zrozumienie i oburzenie. Nie wiem jak inni czytelnicy, ale ja bardzo gładko wchodzę w Amerykę opisywaną przez Cormaca. Tajemniczy, mroczny kraj, gdzie zwykli ludzie - stworzenia boże, chowają swoje ofiary w jaskiniach, szeryfowie są nad wyraz ludzkimi aniołami, przestępcy niemożliwymi do opisania potworami, mali chłopcy muszą oglądać rzezie i sceny wyjęte z samego dna piekła, a kobiety muszą szukać spłodzonych przez swoich braci martwych dzieci, gnane dziwnym przeczuciem, że te jednak żyją.
O wiele bardziej znany od McCarthy'ego pisarz - Stephen King, napisał we wstępie do „Dziewczyny z sąsiedztwa”, że Cormac pisze teraz najlepsze i najważniejsze powieści w Ameryce. Trudno się z nim nie zgodzić, ponieważ McCarthy bardzo odważnie wtyka kij w mrowisko Ameryki, ujawnia jej korzenie, podkopując to wielkie, pozornie piękne drzewo, pod którym jednak, niczym jakiś mistyczny, pierwotny organizm, przelewa się morze robactwa i zgnilizny, połykające setki tysięcy trupów.
Epilog powieści wspaniale obrazuje jej ponadczasowy, a nawet religijny czy też eschatologiczny wymiar. Nie będę oczywiście zdradzał szczegółów, ale ostatnie zdanie mocno, jak pozostałe końcówki powieści Cormaca, wryło się w pamięć i pozostanie tam na długo.
Podsumowując. Nawet jeśli recenzja Was nie przekonała – jeśli lubicie literaturę na najwyższym poziomie – możecie kupić tę książkę w ciemno :-)
9/10
Piotr Mikołajczak









