Ciemność, ciemność widzę
„Krwawy południk”, najwybitniejsza powieść strasznego starca amerykańskiej literatury, ukazuje się wreszcie po polsku. Kicz czy arcydzieło? To prawdopodobnie najważniejszy wybór, jakiego możemy dokonać w tym roku
Jego twórczość zaczęliśmy pozna wać trochę od końca. W niechybnym związku – jak to często bywa – z hollywoodzkimi ekranizacjami. „To nie jest kraj dla starych ludzi” i „Droga” spadły na polskich czytelników jak grom rozświetlający mroki ignorancji. Tak oto Cormac McCarthy wraz z legendą tajemniczego „pustelnika z Dzikiego Zachodu” i „największego z nieznanych amerykańskich pisarzy”, równie świetnego jak Philip Roth, Thomas Pynchon i Don DeLillo, trafił pod polskie strzechy, gdzie przyjęto go ze stosownym podziwem i zgrozą.
Godzi się zauważyć, że było to przyjście powtórne. Pierwsza próba importu McCarthy’ego okazała się nieudana. W roku 1996 i 2000 ukazały się u nas dwie pierwsze części jego „pogranicznej trylogii” z lat 90. (chodzi o pogranicze amerykańsko-meksykańskie) „Rącze konie” i „Przeprawa”. I pies z kulawą nogą nie zwrócił na nie uwagi, mimo że „Rącze konie” mieliśmy też za chwilę na DVD (z Mattem Damonem i Penélope Cruz). Wszystko to zresztą niebawem zapewne powróci, bo szykuje się film z ostatniej części trylogii – „Cities of Plain” – i dostaniemy cały pakiet jeszcze raz. Nieważne. Ważniejsze, że właśnie od „Rączych koni” (wydanie oryginalne w 1992 roku) McCarthy zaczął mozolny podbój amerykańskiego rynku. To przed ich wydaniem udzielił pierwszego dużego wywiadu – „New York Timesowi” – co być może przełożyło się na wyróżnienie książki National Book Award i dobrą sprzedaż – nareszcie. Wcześniej pisarz był autorem kultowym, biednym i znanym w wąskich kręgach, choć może nie aż tak upośledzonym przez los, jak to wynika z wielu tekstów mu poświęconych.
Młody geniusz w jaguarze
Nasz wyrzutek urodził się w 1933 roku w szacownym nowoangielskim stanie Rhode Island, lecz szybko trafił do Tennessee, gdzie ojciec został wziętym prawnikiem. Cormac („cudowne dziecko”, jak sam mówił o sobie) nie gustował w szkolnej nauce, ale trafił na dwuletnią chwilę na stanowy uniwersytet, a potem zaciągnął się do armii. W bazie lotniczej na Alasce zaczął poważnie zajmować się literaturą, czyli czytać i pisać. W 1957 roku wrócił na studia (których ostatecznie nie ukończył), w 1961 się ożenił, spłodził syna i wkrótce rozwiódł, zahaczył o Nowy Orlean i Chicago, gdzie pośród dorywczych prac napisał pierwszą powieść „The Orchard Keeper”. Los mu sprzyjał. Posłał książkdo Random House („jedyne wydawnictwo, które znałem”) i szczęśliwie trafiła ona na biurko Alberta Erskine’a, ostatniego redaktora Williama Faulknera, promotora „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego i „Niewidzialnego człowieka” Ralpha Ellisona. Erskine debiutantem się zachwycił i wydawał go przez następne lata, choć nic (aż do „Rączych koni” już po śmierci Erskine’a i zmianie wydawcy) nie sprzedało się w nakładzie większym niż pięć tysięcy egzemplarzy, co w Ameryce jest oczywiście komercyjną klęską.
Po debiucie w 1965 roku przyszły jednak stypendia i nagrody. Na tyle substancjalne, że Cormac wypuścił się luksusowym liniowcem do Europy, poznał na nim piosenkarkę, która została jego drugą żoną, kupił w Anglii jaguara, pohulał po kontynencie i spędził trochę czasu w artystycznej kolonii na hiszpańskiej Ibizie. A potem przyszła bryndza. Małżonkowie wrócili do Tennessee, mieszkali byle gdzie (tu zaczyna się, być może, część heroiczna), kąpali w rzece z braku łazienki, nie mieli nawet na pastę do zębów (Cormac wspominał, że opatrzność zsyłała czasem darmowe próbki do skrzynki na listy), a pisarz pisał kolejne książki, co żona, była piosenkarka, do dziś wspomina z rozrzewnieniem, choć po ośmiu latach pożycia, w sylwestra, nasz bohater wsiadł do samochodu, rzucił „no to jadę” i zostawił ją na rzecz Teksasu. (Trzeba tu oddać pisarzowi, że mógł jakoś zarabiać, ale od zawsze twierdził, że „uczenie pisania [powszechny chleb amerykańskich autorów – przyp. red.] to ściema”, i nigdy nie angażował się w promocję własnych książek, wieczory autorskie et cetera).
Stypendium dla geniuszy
W Teksasie też było krucho – z początku. Jednak McCarthy po faulknerowskich wprawkach znalazł wreszcie swój własny temat i dokręcił śrubę: „Nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie nie słyszeli o kowbojach i Indianach, gdzie nie znają mitu (Dzikiego) Zachodu”. W 1981 roku – między innymi za sprawą Saula Bellowa, który zasiadał w komisji – dostał „grant dla geniuszy” z MacArthur Foundation (który polega na tym, że przez pięć lat dostaje się od tych hojnych ludzi po sto tysięcy dolarów, więc na tym zakończmy historię o biedzie) i w 1985 roku wydał „Krwawy południk”, który właśnie ukazuje się po polsku, uznawany za szczytowe osiągnięcie jego pisarstwa.
Finansowego sukcesu nie było, recenzje mieszane, ale to właśnie „Południk” jest głównym palem w ołtarzu, który wystawiają zaprzysięgli wielbiciele Cormaca McCarthy’ego skupieni w towarzystwie jego imienia, wydający półrocznik o jego dziełach i służący na stronie internetowej (to bardzo pomocne) przekładami na angielski hiszpańszczyzny, którą szpikuje swoje pograniczne powieści. Głównym kapłanem „Krwawego południka” jest zaś Harold Bloom, jeden z najbardziej wpływowych akademickich krytyków Ameryki, który zaiste widzi w nim nowego Hermana Melville’a, Faulknera i tak dalej, lecz jest dla wyznawców chyba niewygodny, bo o innych książkach Cormaca wypowiada się wielce sceptycznie.
Tak czy inaczej, to od niego pochodzi czwórka „Roth, Pynchon, DeLillo, McCarthy”, od niego wykrzyknik „uniwersalna tragedia krwi” (to o „Krwawym południku”) i doszukiwanie się w tej powieści niezbadanych głębi oraz odrzucenie wszelkich politycznych interpretacji dzieła, które narzucają się w lekturze.
Geniusz zła
I właśnie „Krwawy południk” zasługuje na uwagę. Albowiem trudno poważnie traktować ponury kryminał „To nie jest kraj dla starych ludzi”, nawet jeśli uznamy za ironiczne marudzenie starego szeryfa o upadku obyczajów, które wiedzie do złego. Albowiem trudno poważnie traktować „Drogę”, łzawą historyjkę o podróży ojca z synem przez postapokaliptyczny świat, która wzruszyła Oprah Winfrey i przyniosła Cormacowi Pulitzera. Ani (tym bardziej) pograniczną trylogię o podróży za jeden uśmiech i straszliwych jej konsekwencjach, bo ludzie są źli. To w „Krwawym południku” autor staje w świetle i pokazuje, co umie. Rzecz wzięta jest z prawdziwej historii bandy najemników grasującej w połowie XIX wieku na południowym pograniczu USA, by wytępić Indian (władze płacą za każdy skalp), lecz z czasem z zawodowych morderców nieprzyjaciół przeobrażającej się w gang zabijający, kogo popadnie. Tyle byłoby w westernie (filmie albo szacownym gatunku popularnych książek o Dzikim Zachodzie), ale Cormac M. urządza z tego prawdziwą apokalipsę na kilkaset stron.
Po angielsku jest w tym ponoć jakaś językowa potęga. Biblijność z Biblii króla Jakuba, Faulkner, Melville i tak dalej. Z całą pewnością wiele słów trudnych, używanych głównie w majestatycznych opisach przyrody, niezawodnie oferujących czytelnikowi efekt dezorientacji, bo nader wyszukane słownictwo autora daleko odbiega od języka ludzi, o których pisze. Podobno mnóstwo aluzji – w polskim przekładzie wygląda to niestety słabo, bo literalnie – dowodzi zakorzenienia w głębinach literackiej angielszczyzny (prosimy o grant).
Czytając jednak nawet po polsku, nie sposób nie dostrzec efekciarstwa narracji. Opowiada te straszliwe historie McCarthy z punktu widzenia boga przejmującego się losem ludzi nie więcej niż losem trawy, którą depczą, wysyła im jednak kogoś spoza świata. Wysyła? On tam jest od zarania. Nie ma bogów. Jest tylko sędzia Holden. Złowieszczy anioł zagłady, naukowiec mówiący wieloma językami, uczestnik i prowodyr zbrodni, która przelewa się przez karty powieści. Kurtz, Ahab i szatan w jednej osobie przemawiający do zbrodniarzy i oferujący pouczenia „dzieciakowi” (który będąc głównym ziemskim bohaterem powieści, dziwacznie mu się opiera), że wojna i taniec to jedno. Ekstatycznie tańczący i wykorzystujący, a potem mordujący dzieci bezwłosy sędzia ma być u McCarthy’ego gnostyckim demiurgiem, a być może i samym Mobym Dickiem (niepojętym, jednoznacznie potwornym, najpewniej nieśmiertelnym).
Krew, krew, krew
„Nie ma życia bez rozlewu krwi. Twierdzenia, że nasz gatunek można w jakiś sposób naprawić, że wszyscy mogą żyć w harmonii, to naprawdę niebezpieczna idea. Ci, którzy w nią wierzą, są na najlepszej drodze do zatracenia duszy i wolności” – pouczał Cormac McCarthy dziennikarza „New York Timesa” w 1992 roku. Jest oczywiście „Krwawy południk” okrutną kpiną z amerykańskiego mitu widomego przeznaczenia (manifest destiny), które daje prawo do zawłaszczania kolejnych terytoriów, lecz w gruncie rzeczy przy całej swej antywesternowej ideologicznej historii mówi, że wtedy na tych straszliwych przestrzeniach mordowano się poniekąd bezinteresownie.
W każdym razie Indianie nie są aniołami: „Liczący setki legion straszydeł, półnagich albo odzianych w szaty attyckie i biblijne albo stroje rodem z majaków, w zwierzęce skóry i wytworne jedwabie, i strzępy mundurów wciąż zbrukanych krwią poprzednich właścicieli, w kaftany zabitych dragonów, kawaleryjskie kurtki z haftkami i alonami, jeden w cylindrze, drugi z parasolką, trzeci w białych pończochach i zakrwawionym welonem ślubnym, niektórzy w piórach żurawi albo hełmach z niewyprawionej skóry ze sterczącymi rogami bizona lub byka, jeden we fraku włożonym tył na przód, a poza tym nagi, inny w zbroi hiszpańskiego konkwistadora (...). Oddział konnych klaunów, śmiertelnie zabawnych, wszyscy wyjący w barbarzyńskim języku, atakujący kompanię jak horda z piekieł straszniejszych niż czeluści ognia”.
Opisy przyrody
Być może największą zasługą Cormaca McCarthy’ego są kapitalne opisy przyrody, która – martwa lub obojętna – przygląda się poczynaniom ludzi i podobnych im zwierząt. W „Krwawym południku” bohaterowie idą przez ziemię jałową, znaczoną kośćmi tych, którym się nie udało. Bardzo to skądinąd ładne, ale niepokoją mnie wyznania autora, który ceni Melville’a („Moby Dick” to jego ulubiona powieść), Fiodora Dostojewskiego, Faulknera i twierdzi zarazem, że Marcel Proust i Henry James „to nie jest literatura”, bo „nie zmaga się z życiem i śmiercią”. „Nie rozumiem ich – powiedział „New York Timesowi”. – Wielu pisarzy uznawanych za dobrych uważam za dziwnych”.
To ten brak jakiejkolwiek psychologicznej subtelności podnoszony jak sztandar i rekord świata w postaci uznania, że James i Proust nie zajmują się życiem i śmiercią (a niby czym?), sprawiają, że przyglądam się McCarthy’emu podejrzliwie. Słusznie? Niech każdy przekona się sam.
Marcin Sendecki
Źródło









